Czarne światła: Łzy Mai.

Nie wiem, gdzie dokładnie złapałem bakcyla klimatu Noir. Pewnie w TV – w pamięć zapadły mi serial kryminalny Kolombo i ten mroczny klimat kreskówki Batmana. Alistair McLean był moją pierwszą książkową miłością, zaczęło się od „Lalki na łańcuchu”, a potem poszła cała reszta jego dzieł. Gdzieś po drodze miałem romans z Chandlerem, zaliczyłem kilka nowel z Pairotem. Potem moje książkowe przygody powiodły mnie w świat fantasy – tak zwiedziłem Lodowy Ogród Grzędowicza, szukałem Ciri z Wiedźminem Sapkowskiego i łyknąłem kilka książek Pratchetta. Zostałem nawet poniekąd zmuszony to Harrego Pottera. No więc lubię klimaty Noir, lubię sarkastycznych detektywów, przebiegłych szpiegów i zagadkowe zgony. Pokochałem też machanie mieczem, magię i wesołe kompanie dziwacznych bohaterów.

czarne światła: łzy mai

Gruntem dla mnie (prawie) niezbadanym w książkach są Światy postapokaliptyczne i klimaty Cyberpunkowe, choć w grach to właśnie te zawładnęły moją wyobraźnią. Pierwszy najlepszy erpeg, jaki przychodzi mi do głowy to Fallout 2 (z całym szacunkiem dla BG czy Tormenta), wciąż też przeszywa mnie zimny dreszcz, gdy wspomnę jęki opętanych z System Shock 2. Z niecierpliwością czekam też na kolejnego Deus Exa. Książka Raduchowskiej to moja pierwsza styczność z książkowym Cyberpunkiem i generalnie pierwsza książka po ponad 3 latach przerwy w czytaniu. Ten tytuł wcisnęła mi dziewczyna skacząc pod sufit z zachwytu, a że to ona wmusiła we mnie Wiedźmina, to mam zaufanie do jej euforii. Odczucia po przeczytaniu pierwszego tomu mam nieco mieszane, acz głównie pozytywne.

O czym jest książka.

Jeżeli grałeś w Deus Ex Human Revolution, to już wiesz, o czym jest książka ;]. Zdaję sobie sprawę, że to nie było zamierzone, ale nie mogę nie dostrzec podobieństw między fabułą gry a fabułą książki. Początek to atak na korporację zajmującą się przełomową dla ludzkości technologią, następnie niemal zgon głównego bohatera (gliny) Jareda. Wreszcie, by ratować jego życie, następuje augmentacja bohatera – bez jego przyzwolenia. Podobieństwo leży tylko na głównej osi zawiązania akcji, dokładny przebieg jest oczywiście zupełnie inny – choćby fakt, że Jared przebywa w śpiączce przez parę lat.

Gdy wybudza się ze śpiączki, poznajemy go od strony prywatnej i zgłębiamy jego charakter. W trakcie następują morderstwa, którym nie może sprostać nowoczesna technologia. Red, jako oldskulowy glina, znów zyskuje na znaczeniu. Potem dzieje się dużo. Moim zdaniem – za dużo, lecz jestem przyzwyczajony do innego budowania nastroju i fabuły. Najpierw zacznę od narzekania, ale spokojnie! Moje narzekania wynikają z pewnego niedosytu i, mimo wszystko, z wiary w budowany cykl.

Najpierw pojojczę.

Drażni mnie upchanie w pierwszym tomie ogromnej ilości informacji oraz kluczowych zdarzeń. Moim zdaniem planując cykl, autorka powinna skorzystać z możliwości mozolnego dawkowania nam tego wszystkiego, co otrzymujemy w tej części. Gdyby rozbić tom pierwszy na 2 tomy, byłoby więcej miejsca na budowę charakterów postaci pobocznych (Red jest akurat dobrze rysowany przez całą książkę), moglibyśmy skupić się na morderstwach i budowanej wokół nich mrocznej otoczce a tom skończyć na przekroczeniu Muru. W trakcie trwania całej tej akcji ograniczyć budowanie świata do bezpośredniego otoczenia Reda. Już tłumaczenie nam wszczepów i działania (oraz nie działania) Riot Shield było wystarczające, o całej reszcie można było jedynie wspomnieć – komunikując istnienie czegoś, ale wyjaśnienie pozostawić na inny moment. Rozumiem potrzebę przedstawienia świata, ale jestem zwolennikiem powolnego wprowadzania czytelnika w tenże.

Co więcej – oprócz zasypywania nas wizją świata, przestrzeń między mocnymi punktami fabuły także jest mała, przez co momenty kulminacyjne kolejnych zwrotów akcji nie wywołały u mnie tak spodziewanego poruszenia. Nim balonik pełen emocji i napięcia napęczniał, fabuła wbijała w niego szpilę. Od samego początku podsycała moje zainteresowanie konfrontacją – przyzwyczajony do misternego budowania takich sytuacji w innych książkach (Roland goniący za Mroczną Wieżą, Geralt goniący za Ciri, Vuko za naukowcami) spodziewałem się, że i ta saga oprze się o pościg, że długo będę czekał na tete-a-tete między pro- i antagonistą. Po samym początku książki wyobrażałem sobie, że pierwszy tom skończy się przekroczeniem muru a przez cały drugi tom herosi będą biegać po Dark Horizon, ocierając się ledwie o Mayę. Spodziewałem się dwutomowej zagadki kryminalnej ściśle związanej  z osobistą vendettą Reda. Liczyłem, że nienawiść Reda przekuje się w zrozumienie prawdy i ostateczną konfrontację z Mayą pod koniec drugiego tomu. Niestety w połowie książki zrozumiałem, że wszystko to dostanę jeszcze w tym tomie. I to w formie przyspieszonej, spłyconej. Zabolało mnie, gdy przemiana bohatera niemal o 180 stopni przebiegła tak gładko, szybko i… naiwnie.

Fabularnie nie podoba mi się rozwiązanie z psionikami. Naprawdę wolałbym, by ich wątek nabrał (nomen omen) mocy z czasem, a tymczasem dostałem Misty, którą może bym jeszcze strawił (jej background jest solidny), gdyby nie psionicy na końcu książki i ich ewolucja opisowa w trakcie trwania opowiadania – najpierw mowa o pękaniu żarówek, a za murem…

Książka stawia pytania o granicę człowieczeństwa – to był oczywisty temat do podjęcia i generalnie jest dobrze zrealizowany… tyle że znów tempo wykładania tego tematu dużo psuje. Nie ma tu pytań czy sytuacji stawiających czytelnika w dylemacie. Ten świat mimo, iż stara się być szary, jest dość wyraźnie czarno-biały.

Jest jeszcze jeden mały zgrzyt w konstrukcji świata – Mur. Aby miał sens, to mur musiałby otaczać Dark Horizon, co sensu prawie nie ma, bo zasadniczo stworzono by więzienie. Zakładając nawet, że ten pomysł wypalił i mur zamyka się wokół Dark Horizon, to pacyfikacja tego terenu nie powinna być znowu trudna. Jeżeli to New Horizon otoczyło się murem to… jeszcze głupszy pomysł. Jeżeli owy mur nie zamyka się wokół strefy niegdysiejszego buntu, a jedynie oddziela nowe od starego, to cały wątek o przemycie zarówno ludzi jak i reinforsyny traci rację bytu, bo wystarczy byle pojazd i postanowienie o pojechaniu objazdem (a przy tej technologii nawet pojazd niepotrzebny). Ba, cały handel mógłby odbywać się zupełnie poza miastem. W każdym razie jest jakaś dziura w tej konstrukcji chyba, że czegoś nie doczytałem. Słabe jest też poczucie zagrożenia – nie odczułem go po przekroczeniu muru i w trakcie walki. Wynika to trochę z tego, że nie czuję przywiązania do postaci innych niż Jared i Maya. Haskel jest spoko, naprawdę ją lubię, ale na końcu tomu jej „sytuacja” mnie nie obeszła. Zupełnie ją olałem, była mi obojętna…

Teraz pochwalę.

Nie ma co jednak ukrywać, cliffhanger na końcu spowodował u mnie efekt wow. Był on punktem, który znów zwrócił moją uwagę na wątek morderstw, który przycichł od momentu decyzji wyruszenia za mur. Same morderstwa są intrygujące a główny bohater bardzo prawdopodobny. Ma swój wyraźny charakter i zgłębianie jego postaci jest jedną z rzeczy, którą lubię w tej książce. Całe dochodzenie jest smaczne, tworzenie portretu psychologicznego i związane z tym reakcje Reda są jak najbardziej na miejscu i tutaj czuję się, jakbym razem z nim próbował rozwikłać tę sprawę. Tym bardziej przyjemnie czytało się te fragmenty wiedząc, że autorka sama jest po kierunku profilowania (byłem na jej prelekcji na Pyrkonie, bardzo interesująca). Miałem poczucie realności i tym bardziej przeżywałem dochodzenie. Techno-medyczny bełkot, którego w 90% nie rozumiem (to nie wada, żeby nie było) nie spowodował u mnie znudzenia i poczucia zagubienia. W dziwny sposób udało się autorce sprawić, bym gdzieś podświadomie wiedział, o czym mowa. Gdy Red poszedł na skan wszczepów i zaczęła się rozmowa z lekarzem, w jej trakcie łapałem się na czymś w stylu kiwania głową i mówieniu w duchu „no właśnie Red, lekarz ma rację”. To samo z opisem zaawansowanej technologii. Opisy chłonąłem jak gąbka, nie zatrzymało mnie żadne niezrozumiałe stwierdzenie, zdanie czy opis. Generalnie przebrnąłem przez książkę w 3 przedsenne sesje – to już pokazuje, jak gładko płynie się przez powieść i, cóż… jak bardzo wciąga.

Ponarzekałem na tempo, ale z drugiej strony, po cichu, bardzo się cieszę, że książka skończyła się tak a nie inaczej. Po prostu nie mogłem się doczekać pewnych wydarzeń. Powyżej mówię, że wolałbym, by rozciągnąć zawartość pierwszego tomu na dwa, ale to wynika z tego, że dostrzegam przeogromny potencjał i w przedstawionym świecie, i historii – tyle wątków, wokół których można zbudować tak wiele klimatu i ciekawych rozwinięć. Strasznie się ucieszyłem, że pewne wydarzenia miały miejsce w tym tomie, tylko… chyba właśnie o to chodzi, by z niecierpliwości obrzucać autorkę pytaniami o następny tom i myślę, że można było je zostawić właśnie na potem. Teraz też chcę dorwać następną część, ale nie będę odświeżał strony empiku czekając na premierę. Z jednej strony ulga, że wiem… Z drugiej niedosyt.

Haskel jako postać drugoplanowa jest bardzo dobra. Polubiłem ją od samego początku i tworzą ładny duet z Jaredem. Wszczepy ładnie uzupełniają postać, są używane zgodnie z charakterem porucznika i są tam, gdzie powinny być – w tle. Autorka bardzo dobrze rozegrała ten wątek, bo można było łatwo zepsuć i postać, i klimat, źle dysponując niemal supermocami, jakie dają wszczepy. Riot Shield ma sens, ładnie lawiruje w pobliżu i nie dostrzegam słabych punktów w jego realizacji. Na razie cieszę się, że nie wytłumaczono nam, dlaczego system pada (są domysły, ale nic pewnego) i mam nadzieję, że gdy nadejdzie czas, będzie ono w miarę solidne.

Choć wyczuwam kliszę zarówno w tworzeniu postaci jak i świata, to nie drażni ona tak, jak się spodziewałem. Kerr jest totalnie z kliszy, ale w przyjemny sposób, a niemy psionik o specyficznym mocach absolutnie nie drażni, mimo, iż bardzo chciałem się do niego przyczepić. Mamy też złe korporacje, podzielone murem miasto, nowoczesne narkotyki, tajne projekty, ale jakoś wszystko jest na miejscu, nie jest przerysowane. Umiejętnie w cyberpunkowy świat wprowadzono elementy klasycznego Noir (można było to jednak zrobić nieco lepiej).

Podsumowanie

To jest dobra książka. Powieść wciąga, akcja pędzi, świat jest wiarygodny. Kilka postaci, w tym główny bohater, jest dobrze zarysowanych i mają potencjał rozwojowy. Są ciekawe, z chęcią będę śledził ich rozwój i kolejne rozterki. Poruszone wątki, zadawane pytania i przedstawione sytuacje są zasadne, interesujące i nie odczuwamy, byśmy byli traktowani po macoszemu.

Co by nie było różowo, pierwszy tom postawił poprzeczkę wysoko autorce. Zaminowała sobie kilka wątków, niektóre sytuacje rozwiązała w sposób rzucający cień na dotychczasowy rozwój głównej postaci i gdzieś ucieka powietrze… Mam wrażenie, że nie daje czasu rozwinąć się żadnemu wątkowi. Wygląda na to, że niewiele zostawiła sobie na drugi tom, chociaż….

Chociaż może to i lepiej. Może kilka zakończonych spraw pozwoli nam skupić się na śledztwie w drugim tomie. Może pierwszy tom posłuży nam za wikipedię dla dobrze wykreowanego świata i drugi tom zwolni tempo na rzecz budowania cyberpunkowej powieści noir.

Spoilery – odczucia i spekulacje.

Jeżeli nie czytałeś książki, nie czytaj dalej. Jeżeli przeczytałeś lub nie przeszkadza ci czytanie spoilerów, zapraszam do lektury i dyskusji ;].

Nie wiem, jaki był dokładnie zamysł autorki. Jeżeli chciała nas zrobić w konia i skierować nasze podejrzenia na Mayę, to nie wyszło… Trochę dlatego, że zrobiła nieco za dużo, by ją wrobić ;]. Prawie się udało. Na plus jednak powiem, że uwierzyłem, że to ona dokonała morderstw – stawiałem tylko na inne powody, bo ani na chwilę nie zwątpiłem, że jest postacią pozytywną. Sugestia, że to Jared morduje w nieświadomości wydała mi się ciekawa, ale od razu do odrzucenia. Z jednej strony świetny pretekst do przybliżenia i budowania postaci Jareda, brawo. Z drugiej było pewne, że to nie on. To nie ten typ opowieści. Co nie znaczy, że to… nie on… w pewnym sensie. Ja stawiam na to, że Jared jest klonem, a prawdziwy on trochę sfiksował i wesoło morduje. Stawiam na to mój wszczep sise.

Wydarzenia za murem zaczęły się ciekawie, dopóki nie nastąpiła konfrontacja z psionikami. Nagle jakiś pupet master, nagle piroman i nagle super telepata. To mnie trochę odstraszyło, bo dla mnie to za dużo i za szybko. Jeżeli To dostajemy w pierwszym tomie, to co dostaneimy w drugim? Jak można jeszcze zaskoczyć? Poza tym to jest świetny przykład, że dzieje się tu wszystko za szybko. Autorka chciała stworzyć klimacik i brawo, ładnie zaczęła. Jesteśmy za murem, jest straszno, jest ciemno, tu śmieszki dzieci, tu jakiś wariat – i trzeba było tak zostawić. A tu BUM! Nagle ognie, pola siłowe, zombie… Ehhhh…

Jak też powiedziałem – w połowie książki wiedziałem, że Jared spotka Mayę – całe ich spotkanie było totalnie jak ze słabego serialu – także ich rozmowy i przemiana bohatera, która była „meh” i mam przez to straszny ból dupy.

Stawiałem na to, że Maya nie skłamała na początku, że zdrada była przykrywką, by działać na terenie wroga. Że nie brała reinforsyny, tylko wszystko ukartowała na szybko, by prowadzić zwykłe policyjne śledztwo na terenie wroga – dojść do tego, kto stał za atakami. Wszystko jej sprzyjało – bunt, androidy biorące reinforsynę, podejrzenie, które na nią padło. Taka zimna kalkulacja komputera, która ekstremalnie, przewrotnie logicznie wykorzystała sytuację, by wykonywać swoją robotę. To dopiero by zwaliło Jareda z nóg.

Sellcast Opublikowane przez:

Samouk, który znalazł pasję w grafice komputerowej, którą praktykuje zawodowo w branży reklamowej. Po godzinach tworzy dla siebie - grafika, teksty, motion design. Uwielbia też patrzeć na świat zza szkła obiektywu.

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.